13 lutego 2016

Młodzi potterowi aktorzy

http://aleeexsmile.blogspot.com/2016/02/modzi-potterowi-aktorzy.htmlNie ulega wątpliwości, że w serii filmów „Harry Potter” mogliśmy podziwiać całą plejadę najznamienitszych, brytyjskich aktorów. U ich boku zobaczyliśmy dziecięcych nowicjuszy, którzy w chwili angażu nie mieli obycia ze sztuką aktorstwa. 

Dzisiejszy post to subiektywne spojrzenie na najmłodszą część obsady „Harry’ego Pottera”. Próba oceny poszczególnych dziecięcych aktorów, którzy zyskali sławę dzięki udziałowi w serii filmów. Ocena tego, czy dobrze odegrali powierzone im role.

Niezwykle rzadko na planie jednego filmu spotyka się tylu cenionych, zdolnych i uznanych aktorów. Choć grane przez nich postacie, pozornie są jedynie tłem dla głównych bohaterów, często skupią na sobie uwagę widza. Role główne przypadły jednak dzieciom, które w chwili rozpoczynania zdjęć do pierwszego filmu serii, w większości miały mniej więcej po 10 lat.  Z racji wieku nie mogły mieć wyksztalcenia kierunkowego, ani bogatego doświadczenia. Dorastali na naszych oczach, na planie filmowym, pracując wraz z najlepszymi brytyjskimi aktorami.  

Podczas castingów producenci często szukali dzieci, które charakterologicznie byłyby podobne do postaci, które miały grać. Trudno się dziwić, twórcy chcieli uniknąć sztucznej gry aktorskiej dzieci, która mogłaby unicestwić film.  Nie dziwi więc fakt, że oglądając wywiady z odtwórcami dziecięcych ról, zwłaszcza na początku ich kariery,  dowiadujemy się, że  odgrywane przez nie postacie mają z nimi wiele wspólnych cech.

Powinno być to sporym ułatwieniem podczas próby zagrania roli. Czy podobieństwo do granego przez siebie bohatera wystarczyło? Czy najmłodsza część obsady dobrze poradziła sobie z powierzonym im zadaniem? Czy młodzi aktorzy dobrze odegrali swoje role?

Emma Watson – Hermiona Granger 

Emma Watson - Czy dobrze zagrała rolę Hermiony?

Jako, że kobiety mają pierwszeństwo, tę subiektywną analizę chciałabym zacząć od odtwórczyni roli Hermiony Granger – Emmy Watson.  Urodzona w Paryżu, córka brytyjskich prawników, od dziecka interesowała się aktorstwem i grała w szkolnych przedstawieniach. To właśnie nauczycielka namówiła ją do udziału w castingu do roli Hermiony. Od najmłodszych lat podzielała uwielbienie granej przez siebie postaci do książek. Dowodzi tego na przykład fakt, że najdłużej wahała się w kwestii przedłużania kontraktu. Nie była pewna czy powinna grać w kolejnych filmach, bo chciała się uczyć, studiować. 

Z pewnością odniosła największy sukces medialny z całej trójki. Dziś angażuje się w walkę o równouprawnienie kobiet, jest aktywistką ONZ. Grana przez nią bohaterka walczyła o emancypację skrzatów domowych. Nie trzeba więc długo szukać podobieństw między nimi. 

Muszę przyznać, że absolutnie uwielbiam Hermionę, jako postać literacką, ale także bardzo lubię samą Emmę. Co nieco komplikuje sprawę  przy próbie oceny jej gry aktorskiej.  Obiektywnie muszę jednak przyznać, że filmowa Hermiona jest inną postacią, niż ta znana nam z książek. Odnoszę wrażenie, że panna Granger znana nam z filmów jest osobą bardziej ciepłą, wyrozumiałą i pogodną, ta z książek jest bardziej bezwzględna i zarozumiała. Aby przybliżyć Wam, o co mi chodzi, posłużę się przykładem sytuacji z „Więźnia Azkabanu”. Kiedy Harry otrzymał Błyskawicę, Hermiona zgłosiła to profesor McGonagall, obawiając się, że miotłę mógł przysłać Syriusz Black. Trzeba przyznać, że miała racje, nie mogła jednak spodziewać się, że nie ma on wobec Pottera złych intencji. Profersor McGonagall skonfiskowała miotłę, przez co Harry nie widział jej przez wiele dni, tygodni. Wydaje mi się, że filmowa Hermiona nie posunęłaby się tak daleko. Pozostają także różnice w wyglądzie, ale one są dla mnie najmniej istotne. Oczywiście różnice w przedstawieniu tych postaci nie wynikają tylko z gry aktorskiej Emmy, ale odpowiedzialny jest za to także scenariusz, reżyser i masa innych czynników. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na to, że filmowa Hermiona wcale nie jest idealną kopią książkowego pierwowzoru. 

Wracając jednak do Emmy – jej gra bardzo mi się podoba: Mimika, praca głosem.  Już w pierwszym filmie zawiesiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Poczynając od sceny, w której pouczała Rona jak wymówić zaklęcie „LeviOsa”, przez wycieczkę na trzecie piętro podsumowaną zdaniem „Now, if you two don’t mind, I’m going to bed before either of you come up with another clever idea to get us killed or worse… expelled!”. Przemądrzała, czasami zarozumiała i zawsze wiedząca wszystko najlepiej Hermiona, została idealnie pokazała przez Emmę. Choć potrafiła także świetnie wyrazić strach, troskę, współczucie, czy wyrozumiałość. Z wiekiem postać Hermiony złagodniała, przeszła pewną metamorfozę i Emma świetnie to oddała. Wciąż jednak miała pazur. Absolutnie uwielbiam scenę kłótni Rona i Hermiony podczas Balu Nardzeniowego. Rozwścieczona Hermiona rzuca riposty w kierunku Rona, a po chwili zaczyna płakać. Emma idealnie oddała dziewczęce wahania nastrojów. ;) Mogłabym długo wymieniać moje ulubione sceny z tą postacią, ale powstałby z tego kilkudziesięciostronicowy elaborat. Reasumując – uwielbiam stworzoną przez Emmę Hermionę.  


Rupert Grint  - Ron Weasley 

Rupert Grint o castingu do filmu dowiedział się z telewizji. Na temat jego przesłuchania w Internecie mnożą się plotki. Możemy przeczytać o przebieraniu się za kobietę, rapowaniu, o obu rzeczach na raz, inne źródła twierdzą, że Rupert wysłał  kasetę, gdzie czytał kawałek scenariusza. W pewnością był jednak oryginalny, co zaowocowało możliwość zagrania Rona Weasley’a. 

Nie jestem wielką fanką Ronalda jako samej postaci, ktoś poniekąd słusznie, stwierdził, że wolałabym, aby autorka powieści uśmierciła go, niż żeby związał się z Hermioną. Bez wątpienia jest jednak postacią ciekawą i trochę tonuje napiętą, zawsze przestrzegającą zasad, Hermionę i Pottera, który chciałby zbawić cały świat. Swoim humorem, dystansem, normalnością. Taki jest książkowy Ron, ale także ten filmowy, stworzony przez Ruperta. Moim zdaniem świetnie zagrał tę postać.  Jestem przede wszystkim wielką wielbicielką jego mimiki, która jest naprawdę bezbłędna! Przez paniczne przerażenie, po niezwykłą radość, rozmarzenie, aż po zawstydzenie i bezradność.  


Daniel Radcliffe  - Harry Potter


W tym zestawieniu nie mogłoby zabraknąć odtwórcy  tytułowego „Harry’ego Pottera”  - Daniela Radcliffe’a. Można zaryzykować stwierdzenie, że aktorstwo było mu pisane. Syn agenta literackiego i agentki do spraw obsady. Pierwszy raz wziął udział w castingu mając zalewie osiem lat, dwa lata później zagrał w adaptacji „Davida Copperfielda”. Kasetę z tym filmem oglądali później reżyser pierwszego filmu wraz producentem.  Rodzice Daniela nie chcieli jednak zgodzić się na angaż chłopca do filmu.  Sam Daniel przyznał, że wiedział o poszukiwaniach chłopca do roli „Harry’ego Pottera”, ale był przekonany, że nie ma szans z tysiącami innych kandydatów, którzy z pewnością będą o wiele lepszymi aktorami od niego. Nieugiętość producentów jednak się opłaciła, przekonali rodziców młodego Radcliffe’a, który stał się twarzą  jednej z najpopularniejszych serii filmów wszech czasów. 

Muszę przyznać, że dziś  nie potrafię wyobrazić sobie w tej roli nikogo innego. Uroczy, młody chłopiec, którego poznaliśmy w „Kamieniu Filozoficznym” pasował tam idealnie. Niewinny, smutny, przechadzający się ze swoją sową po dziedzińcu zamku, owinięty szalikiem, który z pewnością każdy fan chciałby mieć. Wtedy był jednak małym dzieckiem, z każdym filmem widzowie oczekiwali od niego coraz więcej. Wiele wskazuje na to, że wielu z nich się zawiodło. Część widzów krytykuje kreację stworzoną przez Daniela, zarzuca mu brak rozwoju, drewnianą grę, brak emocji, jakiejkolwiek mimiki.  

Jest w tym trochę racji, zdarzały się momenty, kiedy na tle Ruperta i Emmy  wypadał blado. Przy niesamowitej mimice Ruperta i Emmie, która po prostu była Hermioną, sztywność, którą czasami zachowywał bywała irytująca. Moim skromnym zdaniem spośród całej trójki wypadł najsłabiej. Miał jednak wiele bardzo dobrych scen, które niestety przeplatały się z nieudanymi momentami.  Z pewnością każdy kto oglądał serię filmów kilka razy, pamięta takie sceny, podczas których gra Daniela po prostu denerwowała. Wielu spośród jego krytyków pomija jednak fakt, że na swoim koncie ma także wiele udanych scen. Jedną z moich ulubionych jest moment w „Księciu Półkrwi” po zamordowaniu Dumbledore’a. Potter ściga Śmierciożerów, a gdy w końcu dogania Snape’a przy chatce Hagrida zaczyna krzyczeć, drzeć się, wydzierać. „Fight back you coward! Fight back!” - w tym krzyku wreszcie słychać emocje – prawdziwą wściekłość, ale także ból po stracie kolejnej, tak ważnej dla niego osoby. Potter wciąż coś wykrzykuje, próbuje miotać zaklęcia, ale Snape bez najmniejszego wysiłku je blokuje. Harry napędzany swoją wściekłością nie czuje bólu, z determinacją wciąż podnosi się po kolejnych upadkach, ugodzony zaklęciami. Wciąż próbuje go zranić, czy to zaklęciem czy słowami.  Moim zdaniem Daniel świetnie pokazał uczucia Harry’ego, bardzo dobrze odegrał tę scenę.  Choć oczywiście dużą rolę odegrał tutaj, zawsze niezawodny i niesamowity Alan Rickman jako Severus Snape. 

Uważam jednak, że w ciągu wszystkich filmów Daniel znacznie się rozwinął. Patrząc na pierwszy i ostatni film różnica w prezentowanej przez niego grze jest diametralna. Obecnie  gra w dość ciekawych filmach i wciela się w bardzo zróżnicowane postacie, które zdobywają dobre oceny widzów i krytyków. Z pewnością wiele się nauczył, a jego zdolności aktorskie wciąż się rozwijają, ale mieliśmy ograniczyć się jedynie do rozważań na temat aktorstwa zaprezentowanego w ośmiu filmach serii.

Tom Felton  - Draco Malfoy 



Tom Felotn zanim otrzymał rolę młodego Malfoy’a występował już  w kilku filmach. Miał już więc pewne doświadczenie i obycie z kamerą. Początkowo starał się o rolę Harry’ego Pottera,  ale w końcu trafił do obsady jako odtwórca roli czarnego charakteru – głównego, szkolnego wroga chłopca, który przeżył. Jako jeden z nielicznych nie utożsamiał się z granym przez siebie bohaterem  i nie wyliczał cech, które ich łączą. Większość odtwórców głównych ról dobierana była właśnie pod względem ich podobieństwa do postaci, które miały grać. Tak nie było jednak w przypadku Toma.

Trzeba jednak przyznać, że już od pierwszej części grał naprawdę dobrze. Od pierwszych chwil, kiedy Draco pojawił się na ekranie, nie darzyłam go sympatią, a z każdą kolejną zaczynałam coraz bardziej go  nie znosić. Chyba właśnie to jest wyznacznikiem tego, że Tom bardzo dobrze zagrał tę postać. Przede wszystkim był wiarygodny jako wredny, wyniosły, zarozumiały dzieciaczek. Z czasem jego postać ewoluowała, ale Tom świetnie te zmiany pokazywał. Choć tak naprawdę na ekranie nie widzieliśmy go zbyt często i długo, jego obecność wciąż wydawała nam się oczywista.

Najwięcej miejsca do pokazania swoich umiejętności Tom otrzymał oczywiście w szóstej części. Moim zdaniem tę szansę świetnie wykorzystał. Na uwagę zasługuje z pewnością scena w łazience. Już w Wielkiej Sali, gdy Harry spogląda na niego, nerwowo przełyka ślinę, a całą jego twarz przeszywa strach, nerwowo poluzowuje krawat, kiedy dociera do łazienki, ogarnia go panika. Nerwowo odkręca wodę i próbuje powstrzymać łzy, opanować się.  Obserwując go, możemy odczuć jego strach, bezradność, bezsilność, która go przeraża. W końcu jednak coś pęka, a on nie umiejąc poradzić sobie z przytłaczającymi go problemami  - zaczyna po prostu płakać. Tę chwilę słabości Dracona obserwuje Potter. Kiedy ujawnia swoją obecność Malfoy wydaje się być jeszcze bardziej przerażony, ale i wściekły. Cała jego twarz pokazuje targające nim emocje, jest nimi przepełniona. Swoją bezsilność i  wściekłość wyładowuje ciskając w Pottera zaklęciami, chce go zranić, ukarać. Szybko jednak z napastnika przeradza się w ofiarę. Kiedy ugodzony  Sectumsemprą omal wykrwawia się na śmierć, nie może złapać tchu, widzimy jego cierpienie. Niemalże czujemy je na sobie. To właśnie zasługa Toma, który swoją mimiką, mową ciała, ale także głosem - całym sobą, pokazał targające Draconem uczucia i emocje.  Nie można także zapomnieć o scenie na wieży, kiedy Draco miał zabić Dumbledore’a.  Był jednak za słaby, nie potrafił tego zrobić, a Tom idealnie to pokazał. Draco był wściekły na siebie, że nie potrafi wykonać zadania. Nie chciał go wykonywać, ale był do tego zmuszony. Inaczej czekała go śmierć. Te rozterki, strach o siebie i swoją rodzinę, ale także ból, wprost krzyczą z twarzy Dracona. Robi to jeszcze większe wrażenie ponieważ pełen emocji Draco pokazany jest chwilę po zbliżeniu na Harry’ego, który właśnie bezczynnie obserwuje próbę zamordowania dyrektora.

Z wyszczekanego smarkacza z bogatego domu Draco stał się zastraszonym młodym mężczyzną.  Jego przemiana jest jeszcze bardziej widoczna w dwuczęściowej adaptacji ostatniej książki, kiedy Draco był wystraszony i wycofany. I z tym zadaniem Tom poradził sobie świetnie. Powstał jednak niepożądany skutek uboczny. Wiele fanek zaczęło darzyć młodego Malfoy’a sympatią, a nawet uwielbiać tę postać. Z pewnością odpowiedzialny był za to właśnie Tom Felton, który swoją urodą oczarował wiele dziewcząt.

Trzeba jednak przyznać, że Tomowi powierzono o wiele trudniejsze zadanie, niż pozostałym dziecięcym aktorom. Grał bowiem postać, która nie była podobna do jego prawdziwego charakteru. Ale z tym zadaniem poradził sobie znakomicie. 

Evanna Lynch – Luna Lovegood

W przypadku Evanny Lynch, która wcieliła się w postać Luny Lovegood, wszystko wygląda odrobinę inaczej.  Do ekipy dołączyła dopiero podczas produkcji piątego filmu, kiedy miała bodajże 14 lat. Byłą już więc nastolatką, a nie dzieckiem. Historia Evanny jest także o tyle wyjątkowa, że ona sama była wielką fanką serii, zanim dostała rolę w filmie. Kiedy tylko przeczytała piątą część cyklu, jej ulubioną postacią stała się Luna. Pojawiają się plotki, że aktorka cierpiała na anoreksję. Pewne jest jednak, że będąc w szpitalu rozpaczała, że nie może pójść do księgarni w dniu premiery nowej książki cyklu.  Udało jej się jednak tam udać, gdzie dostała książkę podpisaną przez J.K. Rowling, która napisała, że jeśli pokona chorobę, z pewnością będzie mogła starać się o rolę Luny. W tym momencie ta historia często jest przeinaczana, autorka nie obiecała bowiem Evannie tej roli, ale jedynie zapewniła ją, że będzie mogła spróbować swoich sił i dodała jej skrzydeł. Kiedy ogłoszono casting na rolę Luny, Evanna pojechała i wygrała go. Pokonując 15 tysięcy innych kandydatek.

Moim zdaniem fakt, że Evanna dobrze znała całą sagę, a także bohaterkę, którą miała zagrać bardzo korzystnie wpłynął na kreację, którą stworzyła. Jako, że Luna była jej ulubioną bohaterką, z pewnością miały wiele wspólnych cech, łatwo było jej więc zachowywać się w jej skórze naturalnie. Sama J.K. Rowling przyznała, że głos aktorki był jedynym, który słyszała pisząc kolejne tomy cyklu.

O ile sama Luna jest postacią bardzo oryginalną i można ją uwielbiać, albo  nie znosić, trzeba przyznać, że Evana świetnie przeniosła książkowy pierwowzór na ekran. Wiernie odwzorowała postać stworzoną przez autorkę i dodała jej wdzięku i czarującego wręcz uroku. Nie chciałabym tutaj wyróżniać, czy piętnować żadnej sceny, we wszystkich Evanna była bowiem  perfekcyjną Luną. 

Bonnie Wright – Ginny Weasley 

Zgoła odmienne zdanie mam na temat talentu aktorskiego Bonnie Wright, która wcieliła się w Ginny Weasley. Robiąc małą ankietę, przygotowując się do tego wpisu, nie spotkałam się z ani jedną pozytywną opinią na temat tej aktorki. Nie spotkałam się nawet z opinią neutralną. Wszystkie zapytanie przeze mnie osoby ochoczo krytykowały „grę” Bonnie. 

 Wiele osób podnosi, że w chwili angażu nikt nie wiedział, że Ginny będzie tak ważną postacią. Nie przesadzajmy. W chwili rozpoczęcia zdjęć do pierwszej części premierę miało już parę kolejnych tomów. Wiedzieliśmy więc, że Ginny jest siostrą przyjaciela głównego bohatera, dodatkowo się w nim podkochuje, a ten bohatersko uratował ją przed śmiercią z rąk Voldemorta. Pewne było, że nie zniknie ona w fabule. Ale przede wszystkim mieliśmy J.K. Rowling, która zawsze interweniowała, jeśli coś złego działo się z doborem aktorów, czy fabułą. Podpowiadała, których wątków nie można usunąć, bo będą ważne później. Dlaczego więc miałaby nie zdradzić twórcom filmów, że rola Ginny nie będzie marginalna? 

Przechodząc jednak do samej Bonnie, do wzięcia udziału w castingu do roli Ginny namówił ją brat. Kiedy dowiedziała się, że dostała angaż natychmiast zaczęła czytać książkę, w ekranizacji której miała zagrać. Wcześniej bowiem jej nie znała. 

Choć z czasem rola Bonnie powiększała się w żadnej scenie, nie zaprezentowała  umiejętności aktorskich. Stworzona przez nią Ginny była nijaka, bezpłciowa i pozbawiona jakichkolwiek emocji.  W przeciwieństwie do książkowego pierwowzoru, gdzie Ginny jest charakterną i charyzmatyczną postacią z pazurem.  Niestety na ekranie ani przez chwilę nie zobaczyliśmy takiej Ginny. Osobiście uważam, że jest to najgorsza kreacja aktorska w całej serii.

Inni

Harry Potter - młodzi aktorzy, najmłodsza część obsady - Czy dobrze zagrali powierzone im role - ocena, opinie, dyskusja

Pozostając w temacie aktorów, którzy nie do końca sprostali moim oczekiwaniom, chciałabym przedstawić Wam listę osób, które wcieliły się mniej ważne postacie. Postacie, od których dużo się spodziewałam, ale oglądając film trochę się zawiodłam. 

Listę tę otwiera Katie Leung. Aktorka jest naprawdę bardzo ładna, ale chyba spodziewałam się od niej czegoś więcej niż tylko ładnej buzi. Książkowa Cho Chang była, przynajmniej początkowo, zdeterminowana, miała w sobie pewną charyzmę. Coś w końcu sprawiło, że w oczach Pottera była wyjątkowa. Co prawda wraz z rozwojem akcji Cho stała się bardzo emocjonalna i płaczliwa, była więc przeciwieństwem moich  poprzednich słów, ale wciąż była przepełniona emocjami. Postać, którą zaprezentowała Katie była jednak nijaka, szara, przezroczysta... 

Duże oczekiwania miałam także względem młodego Voldemorta, który miał być niezwykle hipnotyzującą osobą, a przy tym miał być naprawdę przystojny. Młode wcielenie Voldemorta obrazowało kilku aktorów, ale żaden z nich nie dorównał moim książkowym wyobrażeniom.

Aby zakończyć wpis jednak bardziej optymistycznym akcentem, chciałabym przedstawić Wam jeszcze nazwiska kilku aktorów, którzy wcielili się w dość ważne postacie,  a ich występ na ekranie oceniam bardzo pozytywnie. 

Jako pierwszego chciałabym wymienić Matthewa Lewisa, który z aktorstwem miał styczność już od piątego roku życia. Kiedy trafił na plan filmowy Pottera twórcy musieli charakteryzować go dodając protezy zębów i uszu, aby wyglądał jak najmniej ciekawe. Z biegłem czasu zaczęto rezygnować z tych dodatków. Matthew dorastając pokazywał także proces dojrzewania swojego bohatera, który zmieniał się fizycznie, ale i psychicznie. Przemiana jego postaci – z ofermy do bohatera – była moim zdaniem bardzo dobrze przedstawiona. A jest to w przeważającej mierze zasługa Matta, który idealnie zagrał klasową ofermę, ale także późniejszą przemianę. Pozostał przy tym naturalny  i wiarygodny. Nie było tutaj przesady, niepotrzebnego patosu i przerysowanych gestów. Jego postać pokazała, że upór i determinacja, ale także ciężka praca, może doprowadzić nas na szczyt.

Na uznanie zasługują także James i Oliver Phelps, którzy wcielili się w postacie Freda i George’a Weasley’ów. Nie będę rozpisywać się w tej kwestii – byli po prostu świetni jako dowcipni bliźniacy.

Chris Rankin na ekranie pojawiał się znacznie rzadziej od wyżej wspomnianych filmowych braci, ale jego kreacja również była poprowadzona bardzo dobrze. Percy Weasley był wyniosły, nieprzyjemny, zarozumiały i pyszałkowaty. Wiele osób nie darzy go sympatią, a to pokazuje, że aktor bardzo dobrze odegrał swoją rolę. 

Harry Melling to kolejna osoba, której występ zaliczam na plus. Niestety  często zapominamy o tym aktorze. Stworzył on bowiem postać, która pojawiała się jedynie „w mugolskiej części świata” – Dudley’a Dursley’a. Czy jest pośród Was ktoś, kto lubi Dudziaczka? Ten fakt świadczy o tym, że swoją postać stworzył wiarygodnie i naprawdę dobrze.



Oczywiście nie jestem profesjonalistą i  w najmniejszym nawet stopniu  nie znam się na aktorstwie. Dlatego oceniam powyższe role jedynie z perspektywy widza. Mogę więc stwierdzić, czy dana postać wydaje mi się wiarygodna, czy gra danej osoby po prostu mi się podoba.  Nie mogę ukryć faktu, że oceniam je również przez  pryzmat książek. 

Dlatego jestem bardzo ciekawa Waszego zdania w tej kwestii. Który z aktorów wcielających się w dziecięcą rolę poradził sobie najlepiej? Czy Waszym zdaniem ktoś nie sprostał zadaniu i źle zagrał swoją postać?  

7 komentarzy:

  1. Genialny wpis, scharakteryzowany idealnie! zdecydowanie zgadzam się co do Feltona - raczej nikt go nie lubił w pierwszej części, a w powiedzmy szóstej - już był jedną z moich ulubionych postaci :) a co do Daniela, to szczerze mówiąc nigdy to mi nie przyszło do głowy patrząc na jego grę, mimo że rzeczywiście tak jest ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest wręcz niesamowite, ale czytając ten post miałem wrażenie, jakbym czytał moje własne opinie. Uwielbiam Hermionę zagraną przez Emmę, bo Emma to jest po prostu Hermiona! To samo z Bonnie - beznadzieja. Ogólnie, jestem w dość dużym szoku, że tak bardzo się z Tobą zgadzam xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przyznać, że ja też jestem odrobinę zaskoczona. :P

      Usuń
  3. Mam pytanie chciałabym napisać list do Daniel Radcliffe ale słyszałam że on odpowiada tylko na VV co to jest i gdzie to dopisać proszę o pomoc :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedzi na te pytania znajdziesz tutaj - http://aleeexsmile.blogspot.com/2014/01/chce-autograf-emmy-watson-juz-teraz.html ;)

      Usuń
  4. Zastanawiam się co był najpierw to, że ludzi nie polubili Ginny w książkach jako postaci czy jednak na ocenę Ginny jako postaci i w książkach, i w filmie wpłynęło to, jak źle była zagrana przez Bonnie. A w skrócie chcę napisać, że także nigdy nie spotkałam się z jakimikolwiek pochlebnymi słowami na jej temat :>

    Naprawdę fenomenalna notka, całkiem wnikliwa i bardzo przyjemnie się ją czytało :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :)

      Wydaje mi się, że jednak filmowa Bonnie sprawiła, że ludzie nie darzą tej postaci sympatią. Tak było też w moim przypadku. Jest to również jedna z nielicznych postaci, która podczas ponownej lektury sagi nie ma w mojej wyobraźni twarzy aktora, który ją grał.

      Usuń